Posty

Wyświetlam posty z etykietą nieporozumienie

Czarna dziura Babel i siły pływowe

Obraz
  Zawsze tracimy jakieś części języka. Gramatyczną liczbę podwójną, czy słowa takie jak tromtadacja , które pojawiają się i giną, basowanie , które opuszcza nas po kilkuset latach, lub bruszenie , które żyje tylko w ciekawostce związanej z „Księgą Henrykowską”. Fa da ha! Porzuć to bez żalu! Można byłoby zawołać za podmiotami lirycznymi staroarabskich kasyd (które też odeszły), gdyby nie fakt, że chyba nam zaczynają uciekać słowa będące całkiem niedawno w normalnym obiegu.    „Zabawa na sto fajerek” - taki frazeologizm znałem ze swojego, wydaje mi się, że całkiem nieodległego, dzieciństwa. Konia z rzędem temu, który wie czym była fajerka i jak się nią można bawić. Drugiego konia z rzędem temu, który wie, czym jest koń z rzędem i dlaczego stał się synonimem wysokiej nagrody. Ale konie i fajerki mają swoje znaczenia, które da się uchwycić.    W szesnastym numerze magazynu „Biały Kruk” (kwiecień-czerwiec2021) , w całości darmowym i ogólnodostępnym ...

Ars

Obraz
Całkiem niedawno (rok temu) Maurizzio Cattelan przykleił banana do ściany w czasie art Basel Show w Miami i nazwał swoją instalację „Comedian”. Dzieło zostało sprzedane za 120 000 dolarów. W czasie trwania wystawy performer David Datuna podszedł do instalacji i banana zjadł. Swój perfomance nazwał „Głodny artysta”. M. Cattelan „Comedian” ( źródło )   No i co Ty na to?     Czy to jeszcze jest sztuka, czy tylko zgrywa? Czy można nazwać żart sztuką? Czy przyklejenie banana poza przestrzenią wystawową byłoby nadal sztuką?     Czym w ogóle jest sztuka?     W internetach rzeczony banan z Miami zdetonował całą lawinę komentarzy, z których na pewno można wysnuć wniosek, że definicja „sztuki” należy do tej samej klasy zagadnień metafizycznych co „prawda” i „dupa”, czyli, że każdy ma własną.    Zacząłem się i ja zastanawiać nad swoim pojęciem sztuki, żeby prócz rzeczonej wyżej dupy, mieć coś jeszcze do kompletu, bo...

Panbiblioteka cz. 3: Bibliotheka Universalis

Obraz
  Kiedy ogłoszono, że Biblioteka obejmuje wszystkie książki, pierwszym wrażeniem było niezmierne szczęście. Wszyscy ludzie poczuli się panami nietkniętego i tajemnego skarbu. Nie było osobistego, czy światowego problemu, którego szczegółowe rozwiązanie by nie istniało: w którymś sześcioboku. J. L. Borges „Biblioteka Babel” W poprzedniej części, na podstawie jednego zdania wskazałem na nieprzydatność Biblioteki Babel Borgesa-Lasswitza. Po cóż byłaby nam biblioteka wypełniona wszelkimi wariacjami liter i znaków, gdy niemożnością byłoby odnaleźć prawdziwą informację w natłoku bezsensownych układów literowych? Jeszcze bardziej okrutnie rozprawił się z tym Lasswitz w swoim opowiadaniu, gdzie wylicza (wszak był matematykiem) geometryczne wymiary takiej biblioteki. Tam jest mowa o stosach książek o grubości lat świetlnych.     Może zatem podejdźmy do tematu od drugiej strony: zbudujmy bibliotekę zawierającą całą wiedzę ludzkości. Jeśli na myśl przychodzi Ci in...

Wieczór mankietów

Obraz
Obiecałem Ci już dawno temu (pośród wielu tematów, które obiecałem) opowiedzieć o zjawisku, które pięknie uchwycił duet autorski Jorge Luisa Bogesa i Adolfo Bioy Casaresa w opowiadaniu „Gradus ad Parnassum”, a które dla swojej wygody nazwę „nocą mankietów”, co z kolei jest parafrazą pewnego fragmentu wymienionego tekstu (w oryginale był „wieczór mankietów”).    Opowiadanie „Gradus ad Parnassum” pochodzi ze zbioru „Kroniki Bustosa Domecqa”, o którym miałem już okazję opowiadać . Każda nowelka stanowi tam wspaniałe, pełne ironii opisanie doprowadzonego do absurdu jakiegoś pomysłu sztuki awangardowej. A przy tym opowiadania są zabawne i – co najpiękniejsze – prawdziwie inspirujące.    Nieobecnym bohaterem tego utworu jest świeżo zmarły poeta Santiago Ginzberg. Narrator wspomina najpierw pierwszy poemat pt. „Goździki dla ciebie i ja”, w którym znajduje się taki dwuwiersz: Na rogu zebrali się przyjaciele wieczór mankietów w oddali umyka. J. L. Bo...

Babel 2.0

Obraz
Kiedyś w „Małym antyporadniku życia” pióra Charlesa Dane’a przeczytałem antyporadę, która stanowiła zachętę do oszukiwania dzieci, bo z nimi to zawsze wychodzi. Ostatnimi czasy ku mojemu przerażeniu odkryłem, że powszechnie stosowana jest inna zasada: oszukuj dorosłych dodając na początku wypowiedzi sugestię, że wszystkie dotychczasowe informacje są kłamstwem, a teraz dowiedzą się prawdy – to zawsze zadziała. Innymi słowy: jeśli zaczniesz swoją wypowiedź od słów: „jesteście oszukiwani; prawda jest taka, że ...”, to możesz iść pod prąd całej medycyny zalecając terapię polegającą na wlewaniu w żyły perhydrolu (czyli roztworu nadtlenku wodoru dziesięciokrotnie bardziej stężonego niż woda utleniona) i możesz zawojować świat. Możesz mówić, że Ziemia jest płaska. Że sieci 5G powodują choroby wirusowe a za wszystkim stoi facet, który przed pandemią ostrzegał kilka lat temu.     Co jest powodem takiego stanu rzeczy? Dlaczego ludzie zaczęli tracić rozsądek? Śmiem twier...

Miłosne dotknięcie nowego wieku

Obraz
Z afisza patrzy na mnie Joaquin Phoenix z januszowym wąsem. Prawdę powiedziawszy, gdybym nie wiedział o czym jest ten film, stwierdziłbym, że Phoenix wcielił się w postać Flandersa z „Simpsonów”. A tymczasem jest to najlepsze nietechniczne SF od czasów filmu „Gat t aca. Szok przyszłości ”. Podobnie jak tam, przyszłość zaznaczona jest na marginesie. Nie ma latających samochodów, kosmolotów, androidów bojowych. Mamy za to długie ujęcia w dużej mierze oparte o wąs głównego bohatera, Theodore’a Twombly (tak się nazywa postać, w którą wciela się Phoenix). Mamy ambientową muzykę Owena Palletta i ansamblu Arcade Fire oraz seksowny, skrzypiący kontralt Scarlett Johansson, która użycza głosu sztucznej inteligencji (zwanej tu po prostu systemem operacyjnym) o imieniu Samantha. Od tego miejsca UWAGA: wysokie natężenie spojlerów O czym jest film? Z jednej strony o zagubieniu człowieka w cywilizacyjnej bańce, w której wszystko jest proste. Theodore rozwodzi się z żoną, al...

Matka nie tylko jedna

Czytając autobiografię Johna Cleese’a (to ten najwyższy z Latającego Cyrku Monty Pythona, lub, jeśli wolisz, to twórca i odtwórca ciężko doświadczonego hotelarza Basila Fawlty) natknąłem się na takie zdanie: W tym momencie odkryłem, że mam nową matkę. J. Cleese „Tak, czy inaczej...” Rzecz dotyczyła zmiany aktorki w przedstawieniu. Charlottę Rae zastąpiła Ann Shoemaker.     Powyższe zdanie spowodowało serię skojarzeń. Z kim kojarzy się matka? Z ciepłem, z troskliwością, miłością macierzyńską, uśmiechem, roztaczaniem opieki, z bezpieczeństwem… I oto dalej czytam: [Ann Shoemaker to] onieśmielająca i poważna postać, która przypominała mi mniej kobiece wcielenie Williama Gladstone’a. J. Cleese „Tak, czy inaczej...” A jeszcze akapit niżej: Próbom zaczął towarzyszyć nieco posępny ton (…), trochę z powodu naszych podejrzeń, że gdybyśmy się odważyli zażartować, musielibyśmy złożyć Ann Shoemaker pisemne wyjaśnienia naszego złego zachowania. J. Cleese ...

CSI: Teby

Obraz
Jeśli traktujesz poważnie mitologię grecką, musisz zadać sobie w pewnym momencie kluczowe pytanie: co jest nie tak z „greckim bajaniem” Parandowskiego i Kingsleya? Gdzieś, w którymś momencie pisze o tym Frazer, może Eliade. Zaczyna się wkradać zwątpienie. Czytając Kubiaka już wiemy, że myśl o nieco disneyowskim świecie baśni dla dzieci nie ma nic wspólnego z tym, w co wierzyli Achajowie, zwani (nieco na wyrost) Starożytnymi Grekami. Bo dla nich, jak dla każdej z kultur, religia to kwestia życia i śmierci. Opowieści o Tezeuszu i Argonautach, wyprawa Orfeusza do Hadesu i Dedal więziony na Krecie, nie były bajkami do usypiania dzieci.     Czytamy u Kubiaka o genezach imion bogów, ale i doczytujemy u niego o innych, niż pisze Parandowski, domenach, którym patronowali. Apollo, piękny bóg poezji i muzyki z Parnasu, to Apollyon , czyli „Niszczyciel”, miał w swej władzy także i zarazę. Mało liryczne, nieprawdaż? A siostra jego dziewicza, Artemida, Pani Łowów, przypuszczalnie n...

Mnemozyne jest zamaskowaną Klio

Obraz
Pamięć jest zawodna. Borges napisał – a już nie pamiętam gdzie – że pamięć jest wynalazcza. I nie można mu odmówić racji.     Spotkany ostatnio kolega wytknął mi dwa błędy w moim poście ointerpretacji jako akcie woli czytelnika . Po pierwsze, że nie da się zinterpretować tego filmu w jeden z podanych przeze mnie sposobów. A dokładnie nie można tego uczynić od momentu konfrontacji Danielsa z doktorem Cawley’em, gdy grany przez Marka Ruffalo agent Aule pojawia się dość znienacka w zupełnie nowej roli. A nawet gdyby chcieć na to przymknąć oko, to jego skinięcie głową w czasie rozmowy na schodach, na końcu filmu, dobija ostatnie argumenty. No cóż. Niewykluczone, że ma rację. Gorzej z drugą. Zarzucił mi, że na żywca przepisałem coś z niespecjalnie rzetelnej recenzji pewnego znanego portalu filmowego. Spytałem co niby takiego. Odparł, że Daniels i Aule nie byli agentami FBI. Ależ oczywiście, że byli! Przedstawiają się jako agenci federalni, nikt nie był w tym czasie agente...

Płacz, jako i ja płaczę

Obraz
Miałem napisać recenzję filmu „Gra Endera”. I to głęboko niepochlebną. Jako długoletni admirator tej powieści, zdając sobie sprawę jak dalece mnie ona ukształtowała, przeżyłem głębokie rozczarowanie jej ekranizacją. Było tak głębokie, że wyprodukowałem dwie strony maszynopisu gęstego od żółci nim zorientowałem się, że piszę dla kogoś, kto zna książkę ze szczegółami na wyrywki. De facto – dla siebie. Dopisałem wtedy szybko jeden akapit mający unaocznić skalę ekranizacyjnej katastrofy poprzez porównanie do motywu, który wszyscy znają i zabrzmiał on tak: Wyobraźcie sobie „Władcę Pierścieni”, w którym Frodo wychodzi rano z domu w towarzystwie Sama, po drodze dołącza do niego Legolas, a po krótkim pikniku w deszczowych, niegościnnych górach, wspinają się na wulkan i wrzucają tam jakiś pierścionek. Na koniec Frodo odpływa małym jachcikiem z jakiejś przystani w kierunku horyzontu. Taka jest kinowa „Gra Endera”. Ostatecznie stwierdziłem, że tekst jest zbyt marnego poziomu, aby zajmowa...

Takie coś z drugiej strony lustra

Obraz
Już wspominałem, że konfrontacja języków, zwana tłumaczeniem, jest (moim zdaniem) konfrontacją systemów opisu.      Gdy mamy do czynienia z jednym językiem sprawa jest prosta. Nadawca (Autor) o czymś myśli a Odbiorca (Czytelnik) chce myśleć o tym samym. Oczywiście efekt jest taki, że myśleć o czymś bardzo podobnym, ale nie tożsamym. Tak jak grafika JPG nie jest dokładnie obrazem zapisanym w tym formacie, ale czymś bardzo do nieco podobnym, albo muzyka zapisana w formacie MP3. Ale są one na tyle wierne, że w obrazie JPG odróżnimy „Ostatnią Wieczerzę” Michała Anioła od zdjęcia z ostatniej imprezy urodzinowej, a w pliku MP3 – finał IX symfonii Beethovena od „When the Levees Breakes” LED ZEPPELIN. To wystarczy.     Schody zaczynają się, gdy po drodze wchodzi nam zmiana z jednego języka na drugi i pojawia się tłumacz. Tłumacz jest jednocześnie Odbiorcą i Nadawcą, Czytelnikiem i Autorem, czego się często nie dostrzega. Musi najpierw tekst przeczytać ...