Posty

Demon antymagiczny i rubieże gaussowskie

Nie wiem, czy wiem czym jest cud. Vaclav Havel Ja też nie wiem. Nie wiem też czym jest magia. Ale chętnie przychylam się do tezy Toma Crosshilla, że magia to wybór pewnego zdarzenia o niezerowym prawdopodobieństwie. Choć wydającym się czasem niemożliwością. Na przykład władając magią mogę sprawić, że w losowaniu totolotka wypadną liczby, które skreśliłem, albo że w zagrażającego mi na ulicy napastnika uderzy piorun. I magii nie da się udowodnić. Nie da się uchwycić jej działania. Zawsze jest prawdopodobieństwo, że to tylko splot okoliczności. Mogę sprawić swą mocą wygraną w totolotka, ale tylko raz. Drugi raz już mi się to nie powiedzie. I ta niemożność udowodnienia, wliczenia do kalkulacji, jest zmorą panującej nad światem sztucznej inteligencji, która zmierza do wszechwiedzy, którą pan Laplace przypisuje pewnemu teoretycznemu konstruktowi zwanemu „demonem”.     Nowelka pt. „Magia i demon Laplace’a” ukazała się na łamach „Nowej Fantastyki” w numerze 04/2015, k...

Człowiek z „Marco Polo”, cz. 2

Obraz
K apitan J. N. Forbes dowodził poprzez terror. Ale właścicielom Black Ball Line, jego pracodawcom, odpowiadało, że mogą szczycić się szybkością i pewnością spedycji, mając za nic protesty załóg (nie było wtedy związków zawodowych, a i załogi dostawały premie za każdy rekordowy przelot, co łagodziło trochę sytuację), czy nawet pasażerów. „Marco Polo”  Na żaglowcach przyjęto, że decyzję o postawieniu dodatkowych żagli, czy też zrzuceniu obecnie wykorzystywanych lub ich zrefowaniu (zmniejszeniu powierzchni) podejmował tylko kapitan. Kapitan Forbes był pod tym względem nieugięty. Zdarzały się delegacje pasażerów przynoszących petycje o zrefowanie żagli w obawie o życie. Zdarzały się niesubordynacje oficerów wachtowych, którzy ryzykując karierę nakazywali zrzucanie lub refowanie żagli, gdy kapitan spał. Dla zabezpieczenia się przed taki praktykami Forbes zapinał fały (liny do wciągania i zrzucania żagli) na kłódki. A gdy i kłódki mu rozbijano, sypiał na pokładzie, przykryty pledem...

Człowiek z „Marco Polo”, cz.1

Obraz
Mazury są dla mojego pokolenia żeglarzy matecznikiem. Tam się wychowaliśmy, jakby w drugim domu rodzinnym. A każdy rodzinny dom ma swój folklor, w tym przyśpiewki. Typowymi dla żeglarzy szuwarowo-bagiennych pieśniami były te, które sławiły uroki mazurskiego zacisza, strzechy pośród borów i majestatyczne chmary komarów, co łacno poznać po typowo mazurskich tytułach: „Pożegnanie Liverpoolu”, „Stara Maui”, „Sacramento”, „Hiszpańskie dziewczyny” oraz „Marco Polo”. "Marco Polo" pod pełnymi żaglami ( źródło )     Pieśń żeglarska (nie, nie szanta, szanta to specyficzna pieśń żeglarska, pieśń pracy) pt. „Marco Polo” nie opowiada o słynnym podróżniku, który nigdy Kitaju nie oglądał, ale o noszącym jego imię kliprze, czyli bardzo szybkim żaglowcu z XIX wieku. Klipry były wykorzystywane do przewożenia towarów, które miały szybko dotrzeć do Europy. Dwa szlaki były szczególnie ważne: herbaciany, wiodący z Chin (regaty kliprów herbacianych to osobna historia) i wełniany, aus...

Płacz, jako i ja płaczę

Obraz
Miałem napisać recenzję filmu „Gra Endera”. I to głęboko niepochlebną. Jako długoletni admirator tej powieści, zdając sobie sprawę jak dalece mnie ona ukształtowała, przeżyłem głębokie rozczarowanie jej ekranizacją. Było tak głębokie, że wyprodukowałem dwie strony maszynopisu gęstego od żółci nim zorientowałem się, że piszę dla kogoś, kto zna książkę ze szczegółami na wyrywki. De facto – dla siebie. Dopisałem wtedy szybko jeden akapit mający unaocznić skalę ekranizacyjnej katastrofy poprzez porównanie do motywu, który wszyscy znają i zabrzmiał on tak: Wyobraźcie sobie „Władcę Pierścieni”, w którym Frodo wychodzi rano z domu w towarzystwie Sama, po drodze dołącza do niego Legolas, a po krótkim pikniku w deszczowych, niegościnnych górach, wspinają się na wulkan i wrzucają tam jakiś pierścionek. Na koniec Frodo odpływa małym jachcikiem z jakiejś przystani w kierunku horyzontu. Taka jest kinowa „Gra Endera”. Ostatecznie stwierdziłem, że tekst jest zbyt marnego poziomu, aby zajmowa...

Potrzeba złej literatury

Obraz
Odkryłem w tym sklepie [u bukinisty – przyp. mój] Francję, jakiej żaden uniwersytet nie mógł nauczyć swoich studentów: nie była to Francja znanych pisarzy i klasyków, lecz nieskończona galimafr é e pomniejszych poetów, drugorzędnych sztuk, zapomnianych pamiętników, zapomnianych debat teologicznych i politycznych, rewolucyjnych pamfletów, sprawozdań sądowych, dziwolągów, zbiorów anegdot. Przez lata uzbierała się całkiem pokaźna kolekcja takiego drobiazgu i to takiego rodzaju, że każdy szanujący się bibliofil z przerażeniem by się od niej odsunął. J. Fowles „Francja współczesnego pisarza” (1988) Nie da się oderwać pojęcia „arcydzieło”, czy choćby „utwór wybitny”, od tła, jakim jest cała feeria utworów niewybitnych i rzeczy, od których arcydzieło różni się niczym dzień od nocy.     I w tym miejscu płynnie przejdę do zwyczajnego, nader popularnego sportu jakim jest kopanie leżących. Jak zwykle rzecz będzie o szkole i nauczaniu.     Uczymy – nie tylk...

Śmierć jako rodzaj statku

Obraz
W początkach roku Pyza na swym blogu zastanawiała się, jak uczcić rok szekspirowski . Złożyła kilka dorzecznych propozycji, do których dorzuciłbym następną: jeśli możecie, obejrzyjcie film pt. „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją” - nie tylko najlepszy fanfik szekspirowski jaki powstał, ale przede wszystkim rewelacyjna adaptacja filmowa sztuki Toma Stopparda, którą wyreżyserował sam autor dramatu (tzn. ten autor od „Rosencrantza...”, nie „Hamleta”).     Czy naprawdę użyłem słowa „fanfik”?     Tak. Swego czasu wdałem się w dyskusję o fanfikach na nieistniejącym już forum literackim „Erynie”, na którym spotkała się cała plejada dziwnych ludzi, z których każdy swoje zdanie o literaturze miał (w tym niektórzy niczym Rogowiecki i Brzozowicz o muzyce w „12 Groszach” Kazika Staszewskiego). Aczkolwiek kilkoro fajnych ludzi tam było i pana Ślużyńskiego w tym miejscu pozdrawiam. Dyskusje najczęściej składały się z szeregu wygłaszanych sobie a muzom deklaracji,...

Takie coś z drugiej strony lustra

Obraz
Już wspominałem, że konfrontacja języków, zwana tłumaczeniem, jest (moim zdaniem) konfrontacją systemów opisu.      Gdy mamy do czynienia z jednym językiem sprawa jest prosta. Nadawca (Autor) o czymś myśli a Odbiorca (Czytelnik) chce myśleć o tym samym. Oczywiście efekt jest taki, że myśleć o czymś bardzo podobnym, ale nie tożsamym. Tak jak grafika JPG nie jest dokładnie obrazem zapisanym w tym formacie, ale czymś bardzo do nieco podobnym, albo muzyka zapisana w formacie MP3. Ale są one na tyle wierne, że w obrazie JPG odróżnimy „Ostatnią Wieczerzę” Michała Anioła od zdjęcia z ostatniej imprezy urodzinowej, a w pliku MP3 – finał IX symfonii Beethovena od „When the Levees Breakes” LED ZEPPELIN. To wystarczy.     Schody zaczynają się, gdy po drodze wchodzi nam zmiana z jednego języka na drugi i pojawia się tłumacz. Tłumacz jest jednocześnie Odbiorcą i Nadawcą, Czytelnikiem i Autorem, czego się często nie dostrzega. Musi najpierw tekst przeczytać ...