Posty

Archipelagi

Zazwyczaj przyjmujemy, że cieśniny dzielą wyspy, a drogi łączą miasta. Myśląc o drogach, które dzielą wpadamy w dyskomfort myślowy rozpatrując drogę jedynie w jej jednowymiarowym, abstrakcyjnym aspekcie komunikacyjnym. Podobnie, będąc istotami lądowymi, myślimy o przestrzeni wody jako oddzielającej wyspy. Tymczasem już taka Wenecja, czy Amsterdam każą nam zastanowić się, czy kanały dzielą wyspy, czy je łączą? Oczywiście wtedy zmieniamy optykę nazywając (ach, słodkie jarzmo języka!) kanały „drogami wodnymi”. A jak nazwać w dziedzinie inżynierii lądowej drogi, które dzielą?     Obiecałem sobie solennie zakładając tego bloga, że nie ruszę tematu polityki. Mam nadzieję, że przyrzeczenia tego dotrzymam wspominając tylko informację podaną przez Noama Chomsky'ego w „Interwencjach” o eksterytorialnych autostradach budowanych przez Izrael na terenie Autonomii Palestyńskiej. Mają one, według autora, na celu maksymalne rozbicie terytorialne państwa palestyńskiego i uniemożliwieni...

Na Dzień Nauczyciela - postękiwania starego zarozumialca

    Ponieważ blog powstaje zazwyczaj w jakiejś relacji do czasu jego tworzenia, więc pomyślałem, że napiszę jakiś tekst okolicznościowy o przyznanej na dniach literackiej nagrodzie Nobla. Albo o szkole z okazji Dnia Edukacji Narodowej. Ponieważ jednak nie znam dorobku tegorocznego noblisty, a etap szkolnej edukacji mam już dawno za sobą, więc w umyśle zrodził mi się szatański w swej prostocie pomysł połączenia obu tematów w zawiesistym sosie staropolskiego narzekania na wszystko. Do dzieła!     Zacząłem od przejrzenia listy osób nagrodzonych literackim noblem, a następnie odnalazłem za pomocą niezawodnej wyszukiwarki na „G” maksymalnie rozszerzoną listę lektur polecanych na maturę A.D. 2013. Wyszło jak zwykle – niezazbytnio.    Do „najświeższych” obecnych w spisach lektur noblistów należą Polacy: Czesław Miłosz (nagrodzony w 1980 roku) i Wisława Szymborska (1996). Z „zagranicznych” to Hemingway (1954) i Camus (1957). Ani słowa o Grassie, Bro...

Opętani językiem

Abu Al-Walida Muhammada Ibn Ahmada Ibn Muhammada Ibn Ahmada Ibn Ahmada Ibn Ruszda zwanego Awerroesem poznajemy gdy w swym domu w Marrakeszu od niechcenia pisze swoje najsławniejsze dzieło „Tahafut al-tahafut”, polemikę w obronie Arystotelesa. Lecz jego prawdziwym wyzwaniem jest próba przetłumaczenia arystotelesowskiej „Poetyki” na arabski. Dokładnie rzecz ujmując ma problem z tłumaczeniem pojęć tragedia i komedia . Nie ma zielonego pojęcia co te słowa mogą oznaczać. Ba, nikt w świecie islamu nie ma nawet cienia przypuszczenia. Słowa te są enigmatyczne jak tohu wa bohu w pierwszych wersetach Księgi Rodzaju.     Awerroes jest mądry. Wie, że odpowiedź może być niezmiernie blisko. Patrzy więc przez okno na dzieci bawiące się w meczet: jedno naśladuje muezzina, drugie wiernego, trzecie, niosąc pierwsze na ramionach, jest minaretem. Potem idzie na spotkanie do Faradża – prominentnego badacza Koranu, u którego towarzystwo rozmawia na temat wyobcowania, poezji i dziwnych zwy...

Zagrajmy w strach (cz. II)

Zatrzymaliśmy się w ostatnim poście na analizie nie-swojości i jej aktualnym, bestsellerowym wcieleniu, czyli grze „Slender”. Można skonkludować to zdaniem: „Szukamy nowych źródeł strachu w sztuce”.     No dobrze. Ale po co? Po co w ogóle się interesujemy tym, czego się boimy? Powinniśmy tego unikać. Prosta logika wskazuje, że unikamy rzeczy niemiłych – potraw zbyt ostrych, dźwięków zbyt głośnych, temperatur zbyt wysokich/niskich. Unikamy kopnięć prądem i trucizn. Powinniśmy unikać także strachu.     Osobiście opowiadam się za opcją, że lubimy się bać, gdyż pomaga nam to strach pokonać. Uzasadnienie? Pozwólcie, że w telegraficznym skrócie opowiem wam o wampirach.     Budzący lęk ohydny stwór, zmarły wychodzący nocami z grobu, by żywić się krwią rodziny i sąsiadów przeszedł długą drogę, by z potwora stać się kiczowatą przytulanką.    Mieliście kiedyś do czynienia z martwym ciałem? Martwe ciało wzbudza podświadomie uc...

Zagrajmy w strach (cz. I)

Dawno temu poszliśmy w parę osób na seans „Blair Witch Project”. Mało kto wiedział czego się spodziewać. Ogólnie – horroru; szczególnie – filmu nietypowego, kręconego „z ręki” (a niektóre ujęcia, jak się okazało, wręcz „z nogi”), stylizowanego na dokument. Mieliśmy jakieś informacje na temat szczucia aktorów dziwnymi wydarzeniami, co miało spowodować efekt ukazania przed kamerą prawdziwego stresu, a nawet strachu. No i tyle. Zasiadając w czerwonopluszowej sali nie istniejącego już kina „Bajka” zwróciliśmy uwagę, że większość publiki spodziewała się jedynie tej ogólnej cechy: horroru. Innymi słowy – przyszli po rozrywkową krwawą kiszkę. Do tego grona zaliczało się między innymi czterech pijanych dżentelmenów siedzących trzy rzędy za nami. Byłem zirytowany ich zachowaniem żywiąc przekonanie, że zepsują tak zwany „klimat”. Nim film się skończył Bogu dziękowałem za ich obecność.     Co się okazało. Film – dla tych co nie widzieli – w dużej części składa się z nic nie zna...

Piraci scen elżbietańskich

Jeśli czegoś nie można zwalczyć, należy to zalegalizować, aby sprawować nad tym kontrolę.     Stosując tę zasadę starą jak świat najbardziej spektakularną akcję legalizacyjną przeprowadziła królowa angielska Elżbieta, gdy masowo wciągała na służbę piratów i kupców nazywając ich korsarzami. W ten sposób królowa z jednej strony zbudowała wspaniałą flotę do nękania habsburskiej Hiszpanii, a z drugiej strony zmniejszyła skalę przestępczego zjawiska piractwa. Ale mało kto wie, że za czasów elżbietańskich kwitło inne zjawisko, które obecnie nazywamy „piractwem” w kontekście naruszenia praw autorskich, którego Jej Królewska Mość zalegalizować nie była chętna, lecz nie wiadomo, czy przez palce nań nie patrzyła.     Z drugiej strony ciekawe jest to, że obecni orędownicy pełnego liberalizmu w gospodarce z oburzeniem wypowiadają się o pracy młodocianych czy zjawisku tzw. „piractwa”. Nie traktowałbym tego jako zwyczajnej hipokryzji, lecz jako rodzaj nieuświado...

Rzecz zwana niczym

Dziś wpisując w wyszukiwarce obrazów hasło „Niewidzialne popiersie Woltera” otrzymujemy od razu całkiem zgrabną serię miniaturek, z których wyziera ku nam uśmiechnięte oblicze kandydowego autora. Złośliwie stwierdzę, że za moich czasów tak łatwo nie było.    Salvadore Dali, geniusz, hochsztapler, wariat i artysta kiczu, zawsze należał do moich ulubieńców. Pewnie w życiu prywatnym, gdybyśmy się mogli spotkać, nie przypadlibyśmy sobie wzajem do gustu. Ale jego malarstwo, mimo że w większej części wysilone i samonaśladujące, co jakiś czas przebłyskuje geniuszem. Jego idea szukania obiektów w przestrzeni pomiędzy innymi obiektami nie jest może olśniewająca, ani nie był jej prekursorem, ale miał tu pewne zasługi.    Byłem swego czasu na okrzyczanej wystawie grafik holenderskich (w tym Rembrandta) i Salvadora Dali, która miejsce miała w stolicy Dolnego Śląska. Była ta wystawa przykładem jak można w pięknym opakowaniu sprzedać popioły i popłuczyny (dla przykładu – gr...