Posty

Autocenzura a la Ojczulek Ubu

Wdałem się ostatnio na esensja.pl w spór z recenzentem zbioru tekstów krytycznych S. Rushdiego pod polskim tytułem „Ojczyzny wyobrażone” (oryg. „Imaginary Homelands”). Aby nie powielać tu całego sporu napiszę tylko, że autor recenzji zasugerował, że zbiór byłby lepszy, gdyby usunąć zeń niektóre teksty. Swoje zdanie uzasadnił tym, że są one doskonałym suplementem do historii Indii, ale tej sprzed 20-30-40 lat . No i nikt w Polsce ich nie zrozumie.     Ręce mi opadły. Może gdyby to polski wydawca wybrał te teksty, to bym zrozumiał. Ale one zostały zestawione przez ich autora dwie dekady temu i tak wydawane są w całym zachodnim świecie. Może w teokracjach Azji są one kastrowane, ale w Europie? Pan Daniel jest pierwszy.     Wychodząc z tego założenia, nie ma co drukować „Iliady”, bo kogo tam zajmowałby wojna sprzed kilku tysięcy lat. Zwłaszcza, że nawet jeśli miała miejsce, to jej opisy są co najmniej przesadzone. A jak już jesteśmy przy tym temacie, to...

Odejście Baltazara

Wyszedłem wczoraj na popołudniowy spacer. Włączyłem radio w komórce i nastawiłem na „Trójkę”. Właśnie Adam Ferency zaczynał czytać jakiś tekst. Po kilku zdaniach zorientowałem się, że czyta „Baltazara”, autobiografię Sławomira Mrożka. I gdy skończył czytać, egzaltowano-omdlewający głos pani Marcinik w niezwykle poważnej tonacji przypomniał o informacji z przedpołudnia: w Nicei zmarł Sławomir Mrożek. Aż stanąłem w miejscu. Prowadzony przeze mnie pies zatrzymał się również i i zdziwiony obejrzał się – wszak niespodziewane stawanie przy drodze było dotąd jego domeną.     Podobno ongi Kazimierz Dejmek zapytany o kondycję dramatu polskiego powiedział, że póki mamy Sławomira Mrożka, jest o polski dramat spokojny. K. Dejmek odszedł od nas w Sylwestra 2002 roku, więc spokojny był do końca. Teraz zacząłem niespokojny być ja.    Nie będę udawał, że jestem Mrożka znawcą, czy że byłem z jego twórczością „na bieżąco”. Przypadek zrządził, że kilka miesięcy temu do ręk...

Jak zaginano parol w czasach faraona

U Gogola czytamy o pewnym typie charakteru ludzkiego: Każdy człowiek ma jakąś słabość; dla jednego tą słabością będą psy gończe; (…) szósty jest obdarzony taką ręką, która czuje nadnaturalną potrzebę, by złamać róg jakiemuś karowemu asowi albo dwójce, (…). M. Gogol „Martwe dusze” Czytelnik nie znający ówczesnych zwyczajów, w tym obowiązującego w towarzystwie kanonu gier karcianych, może co najwyżej pomyśleć, że ma do czynienia z obsesywnym wandalem, wręcz o przypadku nerwicy natręctw. Tymczasem ma to ścisły związek z pojęciem zagiąć parol i jest elementem gry w faraona.    Gra w faraona popularna była dwa, try wieki temu w całej Europie – od Zatoki Biskajskiej po uralski stoki, lecz obecnie uległa niemal zapomnieniu. Jednak dzięki niezawodnemu internetowi możemy w każdej chwili sięgnąć po opis gry, bez żmudnego szukania po zakurzonych regałach bibliotecznych. I oto wpisując w gugla hasło „faraon gra w karty” możemy dostać m.in. taki opis: Faraon ...

Bo do brydża trzeba czworga...

Niedawno w telewizorni zobaczyłem nastosekundowe ujęcie, w którym Jan Nowicki przy kawiarnianym stoliku miał wygłosić jakieś błyskotliwe zdanie na temat kobiecych wdzięków. Jak to bywa w jego przypadku w dzisiejszych czasach – wyszło grubo a sprośnie. Tymczasem przypomniałem sobie, jak Tadeusz Pluciński wspominał w monologu scenicznym Jana Nowickiego w kontekście orędownika ubożejącego języka polskiego. Chodziło o zmianę obowiązującego czasownika określającego czynność opuszczania autobusu, tramwaju lub innego środka komunikacji. Otóż nagle ludzie przestali z tramwajów wysiadać , a zaczęli z nich gwałtownie wychodzić . Gdy stojącego w drzwiach tramwaju Nowickiego pewna współpasażerka zagadnęła: - Czy może pan wychodzi? Ten odpowiedział bez wahania: - Tak, proszę panią. W trefle.    W dzisiejszych czasach ta anegdotka jest słabo rozumiana, gdyż ludzie masowo zewsząd wychodzą , miast wysiadać , a szlachetna sztuka gry w brydża została zapomniana.   ...

Jak umierają władcy

Do napisania niniejszego posta skłonił mnie komentarz na YouTube dotyczący serialu „Gra o tron”.     Ogólnie rzecz ujmując: nie czytałem książki i nie oglądałem filmu. Ale dość dobrze wiem co chodzi. Wiem, cz ym są „Krwawe Gody”, jak do nich doszło i jaki był ich przebieg. Na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy tylko powiedzieć, że młody król został przez swoich wasali zdradzony i wraz z rodziną rozstrzelany z kusz i przebity mieczem.     „Krwawe Gody” okazały się hitem. Okrutna scena mordowania niemal całej rodziny była tak szokująca, że na YouTube pojawiła się cała seria filmów ukazująca jedynie reakcje widzów na to co się dzieje na ekranie. W zdecydowanej większości widzimy postać widza kurczowo duszącego jakiś kocyk, czy poduszkę, i drącego się bez opamiętania  Oh my god! , nie precyzując, o którego boga mu chodzi. Pod jednym z takich filmów przeczytałem komentarz w języku angielskim, który w swobodnym i ocenzurowanym tłumaczeniu na polski ...

Zapytaj o to jeszcze raz, Sfinksie

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze młodzi ludzie chadzali po górach dla rozrywki, w długie burzowe wieczory, lub czasem mokre dni, w schroniskach grywaliśmy w gry. Ale nie na komórkach, których nikt podówczas nie miał, lecz w karty, szachy (magnetyczne szachownice – pamiętacie?) albo w kalambury lub zagadki. Ostatnia gra polegała na tym, że prowadzący opisywał jakąś niewiarygodną sytuację a zgadujący mieli ją wyjaśnić. Wolno im było zadawać pytania, ale tylko takie, na które prowadzący mógł odpowiadać „tak/nie/nie wiem”, lub w desperacji „do cholery, nieistotne!”. Naprawdę można było się zirytować, gdy lekko podchmieleni zgadujący pytają po raz trzeci czy bielizna martwego płetwonurka była z koniakowskiej koronki.     Pokazała mi Małażonka stronę mocnopomocni.pl . Aplikacja tam umieszczona umożliwia nam grę w zagadki w uproszczonej wersji: wcielasz się w prowadzącego/prowadzącą, która wymyśla postać, a program, zadając pytania na które możesz odpowiedzieć „tak/nie/nie wiem...

Elfy jak demony

Odzyskuję kontrolę nad swoim księgozbiorem. Na pierwszy ogień wygłodniałego czytelnictwa poszedł – o dziwo – Roger Zelazny. Ach, tak, Amber i Dworce Chaosu, oczywiście , pomyśli sobie ktoś. Błąd. Dilvish Przeklęty. I przyznam, że sam jestem trochę zdziwiony własnym wyborem.     Kim jest Dilvish? Pół-elfem z rodu Selara, który wsławił się tym, że usiekł kiedyś samego Hohorgę, boga (w sensie, w jakim używali tej nazwy Hellenowie) i to w jego własnej sali tronowej w Shoredan. Jego pra-pra-n-razy-pra-prawnuk tymczasem wsławił się brawurową akcją uwalniania kobiety z rąk złego czarownika, który chciał ją złożyć w ofierze. Akcja o tyle była brawurowa, że czarownik ten, imieniem Jelerak, jest w tym uniwersum kimś rangi niemal Saurona. To też akcja ratunkowa skończyła się opłakanie dla rycerza w lśniącej zbroi: został zamieniony w posąg, a jego dusza zabrana do piekieł. Ale ponieważ jedynie martwy wróg przestaje być wrogiem (choć w fantasy i horrorze też niekoniecznie), tote...