W czasach technikum pojechaliśmy na wycieczkę. Kolega z pokoju się pochorował: gardło czerwone, nie może połykać, temperatura. Leży w wyrze i nie bawi się z nami. Ale przecież kolegi się tak nie zostawia, nieprawdaż? Inny kolega, którego pieczy powierzono apteczkę, poczuł się pod wpływem alkoholu już niemal doktorem nauk medycznych – przytargał apteczkę do naszego pokoju, siadł na łóżku chorego, wysypał zawartość apteczki na podłogę i mieszając palcem między blistrami tabletek i flakonikami płynów odkażających próbował wybrać właściwy lek. - „Pyralgina” - przeczytał, - pyralgina-angina, pasuje! Samozwańczy sanitariusz szczodrze wydzielił trzy białe krążki pyralginy, a chory kolega potulnie przyjął dwie z z nich (jedna poturlała się pod szafę). Przyjął, a potem w chwili nieuwagi wyrzucił je za łóżko, wychodząc z założenia, że z pijanym się nie dyskutuje. Pijany wytrzeźwieje. A „mądry inaczej”... No cóż. Dlatego zastanawiam się, co począć z poglądami ludzi, którzy na trzeźwo publi...